niedziela, 30 października 2016

TAM, GDZIE MIESZKAJĄ POTWORY…


Dawajcie mi te kilometry!

Tegoroczna Łemkowyna, jak każda wcześniejsza, zmusiła mnie do zastanowienia się, po co biegam? Dlaczego wybrałam ten sport? Dlaczego góry, lasy, noc, zimno, deszcz i dzicz? Zmusiła mnie nie tylko wysiłkiem, przekraczaniem własnych ograniczeń, walką z materią ciała i przyrody, radością z ruchu i widoków, bo te argumenty znałam już z poprzednich z nią dyskusji. Tym razem przekonała mnie małą klęską. A jak to było, opowiem...


Paulina in Hawai - radosne spotkanie
 Jestem dość brawurową osobowością. To ani dobrze, ani źle. Po prostu tak mam. Jakiś czas temu wybiłam się na niepodległość z „perfekcjonizmu”, ciągłego planowania, konieczności posiadania kontroli nad swoim życiem, przewidywalności posunięć, które przynoszą złudne poczucie bezpieczeństwa. Bezpieczeństwo jest przereklamowane, nie istnieje naprawdę, życie zawsze potrafi zaskoczyć. Pokochałam niespodzianki, zdziwienia i doświadczenia: te przyjemne i te trudne, z których podnoszę się czasem nieco dłużej. Znacie mnie z wielu pozytywnych stron, ale – jak każdy – mam i te ciemniejsze. To praca z nimi daje prawdziwą siłę w życiu.


fot. Michał Wójtowicz
Bieganie ultra jest szeroką bramą poza strefę komfortu. W górach na 50. kilometrze wszystko nabiera ostrej wyraźności: ból, zmęczenie, radość, samotność, jedność z przyrodą, kamień w bucie i przemoczone do skóry ubranie, szczęście, miłość, tęsknota i rozczarowanie, pragnienie i głód, fizjologia i duchowość. To dlatego tak mnie to ciągnie, dlatego tak głośno woła. Każdą fizyczność przekuwam w górach w duchowość, każde wrażenie zmysłowe we wniosek, każdy oddech w argument, a krok w tezę, że prawda jest na wyciągnięcie ręki i zawsze warto żyć namacalnie, tu i teraz. Istnieje ślad, który mnie tu zawiódł, szlak naszkicowany na mapie życia. Istnieje jakaś potencjalność dalszych wyborów, najpierw kilka, potem coraz więcej rozwidlających się dróg. Którą wybiorę? To w tej chwili nieistotne, bo oto biegnę, wspinam się, stawiam nogę za nogą, nic innego się nie liczy. Tylko ruch. Ruch to życie. Rozwój, droga. Jestem jak rekin, którego skrzela musi obmywać woda. Moje stopy musi obmywać droga. Jeśli się zatrzymam, przestanę istnieć…


fot. Michał Wójtowicz
fot. Michał Wójtowicz
150 kilometrów. Czy wiecie jak to daleko? 5 tysięcy metrów w górę i w dół? Spróbujcie to sobie wyobrazić. Dołóżcie do tego 12-godzinną ulewę, która przemoczy najbardziej wodoodporne ubrania, a czego nie zmoczy, przepocisz od wewnątrz. Wyobraźcie sobie błoto, bardzo dużo błota, każde ilości błota. Wyobraźcie sobie wąską trawersową ścieżkę o lekkim kącie nachylenia, pokrytą – wyrobionym stopami innych biegaczy – błotem, na której trudno utrzymać równowagę, a każdy krok angażuje mięśnie całego ciała. I kiedy ścieżka ta wiedzie przez podmokłe łąko-bagna, a moje stopy nikną w wodzie po kolana. Wyobraźcie sobie strumienie, wezbrane po dwutygodniowych opadach, których lodowatą bystrość trzeba przekraczać nie raz czy dwa, 
a kilkanaście. Zwalone drzewa, które trzeba przeskakiwać i ostre podejścia, których nie dałam rady zrobić na raz, a czasem i na dwa, bo płuca zostały kilka metrów w tyle. Cudownie miękkie błotniste zbiegi, które bezwstydnymi cmoknięciami usiłują zessać buty ze stóp, więc w końcu zaciągam sznurówki tak mocno, że stopy drętwieją. Wyobraźcie sobie to wszystko w nocy, we mgle czy chmurze, która tuli się do mnie w swej wilgotnej czułości i daje odepchnąć jedynie na metr światła czołówki. Wyobraźcie sobie moją w tym wszystkim radość! Czystą radość z przygody, fabrykę sportowych endorfin na nocnej zmianie. Tak było! Śmiech z upadków towarzyszy, przekleństwa pod adresem kolejnych przeszkód, nowych odmian błota, chwile samotności podczas ucieczek, gdzie tylko ja i noc, i góry… I znowu radość rozmów z Bartkiem i Michałem, którzy mnie gonili i hamowali przed tak dużym wyzwaniem. Krótkie postoje na punktach, nie dłużej niż 5-10 minut, żeby nie ostygnąć, usta poparzone herbatą i gardło przeziębione colą, łapczywe kęsy kanapek podczas biegu. To jest magia ultra, której nie spłucze żaden deszcz. Trwa do ok. 60. km, kiedy tempo spada, rozmowy rzadsze, a myśli uciekają w przyszłość. Niedaleko. Zaledwie w kolejną noc. Tak ma ona wyglądać? Sto procent wysiłku i zero widoków? Czy będzie radość, kiedy zmęczone ponad 20-godzinnym wysiłkiem ciało wprowadzę w któryś z końcowych kilometrów? Czy dam radę sama, wiedząc, że moi towarzysze ze swoich powodów, nie będą mi mogli towarzyszyć? Czy tego chcę i dlaczego? Czy muszę sobie coś udowodnić? Czy może komuś? Czy warto napierać samotnie w zimną październikową noc? Czy więcej sensu jest w wieczorze spędzonym z przyjaciółmi przy kominku? Wszystkie odpowiedzi przyszły same i proste. 


fot. Michał Wójtowicz
Mimo wszystko postanowiłam dać sobie czas do przepaku w Chyrowej, żeby się upewnić. Zamknąć tę, nieznaną wcześniej, część trasy. Tak się złożyło, że ostatnie 15 km biegłam sama. Tak lubię. Koncentruję się na tym, co ważne. Myślę pozornie o sprawach błahych, kiedy jeść, pić, suplementować, jak stawiać kroki i którą stronę błotnistej kałuży wybrać do pokonania. Tymczasem umysł, na jakimś wyższym, nie do końca uświadomionym, poziomie analizuje dalej. Jeśli nie ma widoków, gór w swym rozmachu, jeśli zabraknie radości z ruchu, osypie się ze mnie do reszty, zostawiając sam ból, co mi pozostanie? Satysfakcja z dystansu? Czyżby? Zrobiłam już 110 km, wiem jak to jest. Ile godzin wysiłku jestem w stanie znieść bez uszczerbku na psychice? Abstrakcyjne, planowane 30, nabrało realności. Weryfikuję je do samotnych 20-24, co w przeliczeniu na dystans, w tym terenie i warunkach daje mi 100, najwyżej 120 km. Dalej nie chadza sens. Dalej mieszkają już potwory…


80. km :)
Kiedyś myślałam, że nie mam granic, sky is the limit i tym podobny bełkot… Dziś wiem, że dystans 150 km w górach nawet jest do zrobienia, ale w jakieś krótkie i ciepłe czerwcowe noce i wynagradzający wszystko, długi, słoneczny dzień. Nie dziś, nie teraz. Nie widzę w tym sensu. NIE CHCĘ. Ostatni szczyt i niespodzianka. Piotr czeka z aparatem, jedyny fotograf na zapomnianym przez innych 80-kilometrowym, trudnym, technicznym odcinku, uśmiecham się i przypomina mi się moja mantra: bieganie to ludzie i emocje, a nie cyferki. Zbiegam do Chyrowej na pełnej petardzie, oceniając stan zużycia organizmu na jakieś 60-70%, a tam reszta przyjaciół. W dobrym zdrowiu i z zapasem sił oddaję numer z uśmiechem: Dziękuję za uwagę :) 


To nie moje stopy, od moich różni je tylko brak uwalanych stuptutów :)
Rekin się zatrzymał. Zatrzymałam drogę pod własnymi stopami. I istnieję. Zeszłam z jednej, a mimo to pod moimi stopami pękami możliwości rozkwitają kolejne. Którą z nich wybrać? Tyle możliwości… Czasem mniej, znaczy więcej. Mogę wszystko. Ale czy chcę??








Post scriptum
Zrobić przyjacielowi urodzinowe przyjęcie-niespodziankę po 3 miesiącach spóźnienia i zobaczyć tę minę - bezcenne. Wrócić do ciepła, zupy dyniowej, sernika, tańców w piżamach do muzyki z YouTube'a i głupich żartów - tego nie znajdziesz ani w zimnym lesie, ani na żadnej mecie ;)

Foto: Landszafty - Michał Wójtowicz; Cała reszta, Samo mięso życia - Fotografia Piotr Oleszak

  
Nasza własna dyniowa


ciepło


Sernik, zwany tortem

Sto lat!

Zaskoczony Bartek

Prezent na petardzie :)

Michał

Gosia

Jak się nie ma, co potrzeba, to się improwizuje

pogaduchy

piękne tango boso

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz